Feed on
Wpisy
Komentarze

Satyra w PRL była jednym ze sposobów odreagowania licznych absurdów i świństw wyrządzanych ludziom, jakimi charakteryzowała się ówczesna epoka. Czy lata stalinizmu, epoka Gomułki czy solidarnościowa ofensywa lat 80tych satyrycy tworzyli. Jedyna różnica polegała na tym iż początkowo utwory te powstawały na użytek własny, nikt nie warzył się na ich publikowanie, zaś schyłkowy PRL to rozkwit bareizmów i wszelkiego kabaretów.

Był jednak taki czas kiedy za uprawianie satyry można było zostać wsadzonym do więzienie… i to nawet nie trzeba było owej satyry drukować… wystarczyło ją na imprezie wyrecytować. Rozprawa, wyrok i prawie 3 lata odsiadki.

To właśnie Janusz Szpotański [nota biograficzna] był bohaterem takiego absurdalnego wyroku. Kilka chwil uwagi poświęcił mu nawet sam Gomułka w jednym ze swoich płomiennych przemówień, co przyniosło mu niemałą sławę w “towarzystwie” yntelygenckiej Warszawy. Był autorem kilku znanych ówcześnie satyr m.in : opera “Cisi i gęgacze”, “Kartoflarnia”, “Ballada o Łupaszce”, “Caryca i Zierkało”, “Towarzysz Szmaciak”. Szpotański sam nigdy nie mówił o sobie że jest literatem choć za takiego był uważany. W przedmowie do antologii swoich utworów, stwierdził zę jeśli patrzyć na jego karierę zawodową przez pryzmat legitymacji to jest szachistą, ponieważ taką legitymację ma najdłużej i jest mu ona najmilsza. Utwory swoje Szpotański jak sam mówił tworzył doraźnie jako reakcję na codzienną frustrację i stres towarzyszący życiu w ludowej ojczyźnie. Stąd też są to utwory dzisiaj już dla mojego pokolenia częściowo nieczytelne. Pomimo tego taki majstersztyk jak Towarzysz Szmaciak jest genialnym uchwyceniem ówczesnej rzeczywistości, mechanizmów sterujących władzą na poszczególnych szczeblach. Wystarczy podstawowa wiedza o historii PRL by uśmiać się setnie z przedstawionych tam epizodów. Olbrzymia błyskotliwość i inteligencja jaką Szpotański zdołał utkać opowieść zachwyca. tytułowy towarzysz Szmaciak, Deptała, Maczuga, Rurka, Gnom, Bagno, generał Ślepowron to postacie zarówno uniwersalne jak i personalnie możliwe do zidentyfikowania.

Szpotański został podobno wzięty pod lupę przez bezpiekę właśnie za recytowanie swoich poematów na różnych rautach i przyjęciach. Podobno nagrywano z tego taśmy z podsłuchów stanowiące dowód w procesie. Swoją drogą, ciekawi mnie czy owe taśmy gdzieś miały szansę się jeszcze zachować. Oryginalne zapisy owych imprez towarzyskich z recytacją poematów Szpotańskiego były by prawdziwym skarbem.

Polskie Radio niedawno wyprodukowało słuchowisko oparte na trzech poematach Szpotańskiego dotyczących Szmaciaka. Jako że akurat mam przyjemność ich słuchać, muszę przyznać że jest to prawdziwy majstersztyk. Doborowa obsada [Zbigniew Zapasiewicz, Marian Opania, Andrzej Zaorski, Janusz Zaorski, Jan Kociniak, Andrzej Fedorowicz, Krzysztof Kowalewski] oraz ciekawe opracowanie dźwiękowe uzupełniające poemat nagraniami z epoki oraz soc-muzyką. Nadmienię że słuchowisko można jeszcze złowić gdzieś w przestworzach internetu.

Towarzysza Szmaciaka możecie zaś poczytać sobie w internecie np. [TUTAJ]

Polecam satyryczne utwory Janusza Szpotańskiego.

Legendarny zespół KSU [WIKIPEDIA} z okazji swojego 30lecia wydał płytę "KSU Akustycznie" z folkowo-akustycznymi przeróbkami swoich piosenek. Na sklepowe półki płyta trafiła 28 kwietnia, a więc całkiem niedawno. Przy powstawaniu płyty udział wziął nie tylko stały skład zespołu - zaproszono Małgorzatę Ostrowską oraz co cekawe, aktora Andrzeja Grabowskiego.

Wśród piosenek na nowej płycie KSU znajduje się także utwór nr 8 "Moje Bieszczady", który promowany jest aktualnie mocno w radiowej Trójce. Kawałek posiada w sobie to coś - połączenie muzyki oraz ciekawego tekstu. Pobudza wyobraźnię, wyzwala jakiś emocje i wpada w ucho. Nie jest jednocześnie popową papką, ma w sobie coś z klimatu starej dobrej muzyki rockowej... Z pewnością jednak nie punkowej co mogliby oczekiwać starzy fani KSU. Zespół z wiekiem widać zmienia klimaty i łagodniej wchodząc w bardziej mainstreamowe kierunki muzyczne

KSU - Moje Bieszczady [tekst]

Góry aż do nieba
I zieleni krzyk
Polna droga pośród kwiatów
Złamany krzyż
Strumień skryty w mroku
I zdziczały sad
Stara cerkiew pod modrzewiem
Pęknięty dzwon
Zarośnięty cmentarz
Na nim dzikie bzy
Ile łez i ile krzywdy ile ludzkiej krwi
Księżyc nad Okrytem
Niebo pełne gwiazd
Tańczą szare popielice
Sad usypia nas

To właśnie są
To właśnie moje Bieszczady

Zarośnięte olchą pola dawnych wsi
Kto je orał kto je zasiał
Nie pamięta nikt
Skrzypią martwe świerki
To drewniany płacz
Świat się kończy w Sokolikach
Dalej tylko las
Druty na granicy
Dzielą nacje dwie
Dzieli ściana nienawiści
Przeraża mnie
Sam jest taki płytki
W dziebeniowej grze
Dzieli ludzi
Dzieli myśli
Straszny jego gniew…

Jest taki kanał telewizyjny, który w przeciwieństwie do wszystkich innych mogę oglądać godzinami. Jest takie zajęcie, które pomaga mi się zrelaksować. Kanał to Kuchnia.TV, a zajęcie to naturalnie gotowanie. Magia na ekranie, smakowity jest cały kineskop i pachnący niczym paella z owocami morza robi się nawet pilot od tv. W ustach ślinka, a w głowie marzenie o rozkoszy podniebienia nasyconej wyrazistymi smakami i soczystymi kolorami potraw. Jednym słowem: Gotowanie na ekranie.

Makłowicz, Nigella, te dwie starsze panie na motorze, Pascal, Para w Kuchni, Gotuj z Kuroniem, Anthony Thompson, Cookabout, Jamie Oliver a ostatnio nawet Martha Stuart i wiele innych… Programy kulinarne. Po prostu fascynujące - lepsze niż TVN24 lepsze niż Ale!Kino, lepsze niż Discovery…

Wielki show pobudzający zmysły. Atrakcyjny smakowo, wizualnie i prawie jakbym mógł to wszystko nawet powąchać. Bo czy uż same nazwy potraw: “Karmelizowany korzeń lotosu” albo “Orzechowe ciastka z syropem klonowym” nie przyprawiają was na skraj szaleństwa z rozkoszy. Kiedy Nigella robi “czekoladowy fondat z malinami”, albo “sorbet brzoskwiniowy z lodami waniliowymi” znajduje się na skraju kulinarnego nieba. Kiedy Makłowicz snujać jakąś wybujałą opowieść przyrządza “Sandacza z czosnkiem” jakiego w Wiedniu jadał cesarz Austro-Węgier, potem zaś delektuje się torcikiem w wiedeńskiej kawiarence, to jest to dla mnie lepsza podróż historyczna niż jakakolwiek książka o czasach cesarza Franciszka Józefa. Kiedy Jamie Oliver [ostatnio chyba najsławniejszy kucharz, a muszę powiedzieć że i mój ulubiony obecnie] przygotowuje z niebywałą nonszalancją proste, ale smakowite dania, to zaraz łapie się za garnki i mam ochotę upichcić “Pieprzowy stek z sarniny z sosem z czerwonego wina i czekolady”.

W programie kulinarnym dostajemy magiczny show, przewyższający wszystko inne. Ze zwyczajnych rzeczy powstaje coś cudownego - coś z niczego. To wręcz zahacza o mistykę!

Uwielbiam To!

Przez jakiś czas miałem filmowstęt potem pożarłem w ciągu jednego dnia kilka przypadkowych filmów, teraz ponownie nie mam ochoty nic oglądać. Iron Man, Doomsday , Highlander- The Anime movie, Juno, Into the Wild. Te kilka filmów obejrzałem w majówkowy weekend bo i pogoda nie dopisała i zdrowie nie za bardzo. Wrażenia po seansach całkowicie różne…  A oto żniwo mojego filmogłodu:

Iron Man - kolejny amerykański bajerancko zrobiony filmik. Fabularnie nic specjalnego ,ale uświadamia po raz kolejny że grafika komputerowa to potęga. Podobnie jak film o transformersach doceniam najbardziej za ten roboto-skafander i jego animacja. A i robo przeciwnik niczego sobie wykonany.

Jeśli widzieliście intro do Starcrafta 2 [tutaj] to zakładanie zbroi bardzo kojarzy mi się z tym jak odziewa się w swój skafander ów Iron Man… w takim czy innym wydaniu to robi wrażenie… w końcu w każdym z nas jest mały chłopak, który zawsze o czymś takim marzył ;].

Doomsday - brytyjski film z gatunku apokaliptycznych. Groźny wirus zagraża Wlk. Brytanii, więc władze postanawiają zgromadzić wszystkich zakażonych w Szkocji i ponownie zbudować mur Hadriana. Część ludzi za murkiem przetrwała jednak epidemie i stworzyła średniowieczne społeczeństwo degeneratów. I nagle okazuje się że tylko u nich można szukać lekarstwa na epidemię, która odradza sie w przeludnionym Londynie.

Filmik na pewno nie wybitny, ale całkiem zgrabny. Może czasami głupi, ale klimatyczny, pomieszanie Mad Maxa z 28 days later. 20 lat temu byłby hitem ;]

Highlander- The Anime movie - Wersja anime znanego i lubianego Nieśmiertelnego [Highlander] z niezapomnianym Christoferem Lambertem. Fabuła jedynie luźno nawiązuje do oryginału, dzieje sie w dalekiej przyszłości, z licznymi flashbackami do przeszłości. Kolejny z pomysłów na rozwikłanie fabularnej tajemnicy Nieśmiertelnych. Animacja całkiem zgrabna, tylko dlaczego wszyscy noszą baki ;/. Jak w węgierskim filmie… Dynamiczne walki i dobre tempo. Akira ani GITS to nie jest, ale i tak wypada ponadprzeciętnie jak na Anime.

Juno - opowieść o nastolatce, która zachodzi w ciążę i postanawia urodzić dziecko, które adoptuje pewne małżeństwo. Film moim zdaniem fajny, ani nie american pie, ani kino moralnego niepokoju. Po prostu dobry film dający kilka spraw pod przemyślenie i na dodatek ciekawie nakręcony. No i świetna muzyka - szczególnie main theme - [Barry Louis Polisar "All I Want Is You"]. Godny obejrzenia.

Into the Wild - Klasyczny film drogi po którym człowiekowi opada szczęka. Świetny. Baaaardzo świetny, aż nie będę go tutaj opisywał, bo w kilku słowach nie można. Reżyseria Sean Penn. Odsyłam tymczasem do Frustrata, który o tym filmie pisał, a sam najpierw chcę przeczytać książkę Jona Krakauera “Wszystko za życie” i dopiero potem coś napisać o tej pięknej a zarazem smutnej historii.

Do poniższych rozważań skłoniła mnie lektura książki Johna Allena “Opowieść o 47 roninach”.

Opowiada ona historię samurajów z zamku Ako, których pan z rodu Asano został skazany na śmierć za uchybienie dworskiej etykiecie, atakując na dworze shoguna Tokugawy Tsunayoshiego, jego dworzanina Kire, który go obraził. Sprawa zakończyła się nakazem rytualnego samobójstwa pana Asano, odebraniem mu włości oraz zhańbieniem poddanych mu samurajów. Bowiem zgodnie z kodeksem swojej kasty nie mogli oni żyć pod jednym niebem z zabójcą swego pana Kirą. Pozostało im popełnić samobójstwo, lub dokonać zemsty, której jednak zabronił im shogun. Ostatecznie wybrali oni jednak trzecią drogę, skazali się na ostateczne pohańbienie zostając roninami i wiodąc życie handlarzy, kupców oraz najemników. Na tym jednak polegał właśnie plan, gdyż Kira obawiając się zemsty szpiegował ich oraz ukrywał się za murami zamku shoguna. W taki sposób dawni samurajowie z Ako postanowili uśpić czujność swego nieprzyjaciela. Ostatecznie zaś po kilku latach dokonali zemsty, zabili Kirę, po czym uwiezieni przez shoguna zostali skazani na popełnienie seppuku. Za swoje czyny zyskali powszechny szacunek, stając się przykładem lojalności oraz wierności ideałom samurajów.

Tak w kilku jedynie słowach starałem się streścić fabułę, która nie jest zapewne dla czytelników żadną tajemnicą, gdyż legenda o zemście 47 roninów jest znana z wielu odwzorowań literackich oraz medialnych.

W tytule postawiłem pytanie o drogę od historii do mitu i toposu funkcjonującego w kulturze. Taki proces wyraźnie możemy zaobserwować na przykładzie tej właśnie historii. Jest to historia, a więc wydarzenia, które miały miejsce w określonym czasie i miejscu, potwierdzona są źródłami pisemnymi i materialnymi. Szybko w Japonii stała się ta historia opowieścią, powoli ewoluująca w legendę.

Gdy skończyła się zaś era samurajów i pewne zachowania, znaki które pozwalały w określony sposób odczytać tą opowieść zaniknęły, jedyne co pozostało to z legendy stanie się mitem. Motyw 47 roninów stał się dla Japończyków symbolem ich wartości narodowych: lojalności, poświęcenia, honoru. Pomaga on niby przypowieść lub średniowieczne exemplum wykładać te wartości ludziom żyjącym w całkowicie już odmiennym świecie.

Książka Allena [wydana po raz pierwszy w już 1970 roku, u nas zaś dopiero teraz] pomaga przekazać ten symbol ludziom kultury zachodu, którzy są jeszcze bardziej odlegli od wartości w nim przedstawianym. W tym też może tkwi nasze zafascynowanie, bo im bardziej egzotyczne coś nam się wydaje tym jest bardziej interesujące. Jak to jednak z legendą bywa jest wiele ich wersji i Allen, moim przynajmniej zdaniem, przetworzył ją w dość nudny, acz z kolei prawdopodobny i realistyczny sposób. Nie pozwolił sobie “zagrać” patosem w najbardziej bohaterskich momentach, za to rozciągając na wiele stron długi proces wyczekiwania na spełnienie zemsty.

Na przysłowiowy “zachód” nasza historia/legenda dotarła już w roku 1822 - wspomniana w książce Isaaca Titsingh’sa Illustrations of Japan. Potem zaś szeroko spopularyzowana przez A.B. Mitforda w książce Tales of Old Japan z roku 1871. [Książka dostępna jest w dużych fragmentach w serwisie Google Booksearch - #Tales of Old Japan]. Następni zaś legenda ta zaczęła gdzieś krążyć, by powrócić w kulturze amerykańskiej po II wojnie światowej, kiedy to nastąpiło pewne zafascynowanie tym “dziwnym” narodem. Z kultury amerykańskiej zaś rozprzestrzeniła się na całą cywilizację “zachodnią” tworząc topos wierności i lojalności obecny w wielu utworach jako bezpośrednie odwołanie się do tej historii lub pośrednio wykorzystując jej symbolikę. Dochodzi tutaj często do tak dziwacznych mieszanek dwóch kultur jak np.: komiks Ronin Hood and the 47 Samurai czy odcinek programu historyczno-komediowego History Bites pt. Samurai Goodfellas przedstawiający historię roninów w stylu mafijnego Ojca Chrzestnego, a nawet jeden z odcinków serialu The Simpsons w którym Homer i Bart uwięzieni w Japonii odgrywają sztukę o 47 roninach w teatrze kabuki. Z braku miejsca nie wspomnę tu zaś o wielu przykładach obecności tego motywu w filmach.

[groby 47 roninów oraz ich pana na cmentarzu przy świątyni Sengaku-ji]

Wydaje mi się że historia zemsty i śmierci owych 47 roninów, stanowi już jeden z elementów nowej homogenicznej kultury ogólnoświatowej, która cały czas się kształtuje czerpiąc z róznych kultur narodowych. Zastanawia mnie tylko spoglądając na drogę i procesy jakie przeszła omawiana powyżej historia, czy jakis element naszej, polskiej historii, ma szansę z biegiem lat stać się takim symbolem. Choćby wymienić iż Amerykanie mają Alamo, Rosjanie generała Mroza, Niemcy Wunderwaffe, Anglicy Szarżę Lekkiej Brygady…. itd.

Jaki ekportowy towar z historycznych opowieści [mitów] rozpoznawalny na “zewnątrz” posiadamy my, Polacy? - Westerplatte? Sierpień 80? Odsiecz wiedeńska? Straceńcze Powstania Narodowe? Cud nad Wisłą? Ciekawe co….

Pozostaje mi więc zaprosić do lektry książki Johna Allena “Opowieść o 47 roninach” i życzyć żeby pobudziła ona was tak samo do rozważań jak mnie…

[dziękuje wydawnictwu Red Horse za udostępnienie egzemplarza recenzyjnego]

John Allen, Opowieść o 47 roninach, wyd. Red Horse, Lublin 2008

Rozważania literacko-historyczne o dylogii Ostatni Powiernik Pierścienia.

Orkowie nie są krwiożerczymi bestiami… Mordor nie jest imperium zła… Wojna o Pierścień wcale nie wyglądała w taki sposób jak opisał to pewien stronniczy Anglik… Na takich założeniach swoją wersję wydarzeń znanych z „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena postanowił zbudować Kirył Jeskow w dwutomowej powieści Ostatni Powiernik Pierścienia. Jak więc wygląda wg niego świat Śródziemia po zakończeniu konflitu opisanego we tolkienowskiej epopei – najsławniejszej z epickich opowieści o walce dobra ze złem?

Nim przejdziemy jednak do rozważań nad samą książką, wypada zatrzymać się na chwilę nad problemem który legł u podwalin książki Jeskowa. Chodzi tu o stwierdzenie, iż historię piszą zwycięzcy. Dobrze znane powiedzenie, parafrazowane na wiele sposobów, niezmiennie zachowuje swoją aktualność o czym przekonać się możemy studiując historię odrobinę bardziej wnikliwie niż zalecają to podręczniki.

W roku 1944 w felietonie dla lewicowej gazety „Tribune” tak pisał o tym problemie George Orwell: Spośród milionów przykładów, które można by podać, wybiorę jeden, który - tak się składa akurat - można sprawdzić. W roku 1941 i 1942, gdy Luftwaffe była zajęta w Rosji, niemiecki radio raczyło swoich krajowych słuchaczy opowieściami o niszczących nalotach na Londyn. Obecnie wiadomo, że nigdy nie miały one miejsca. Cóż jednak przyszłoby nam z tej wiedzy, gdyby Niemcy podbiły Wielką Brytanię? Myśląc o przyszłych historykach, zapytajmy: czy nazistowskie naloty były, czy nie? Odpowiedź brzmi tak: jeśli Hitler będzie nadal rządzić - naloty były. Jeśli do tego czasu upadnie - żadnych nalotów nie było. [...] Historię piszą zwycięzcy. [źródło].

Tak też do analizy „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena podszedł Jeskow. Stara się przekonać czytelników, iż mają w tym przypadku do czynienia z pewnym relatywizmem historycznym. Rozebrał on tolkienowskie uniwersum na składniki pierwsze, po czym złożył je na powrót ukazując już całkowicie odmienną opowieść. Tak jak w prawdziwym życiu świat nie jest u niego dwubiegunowy, a zawiera całą gamę odcieni postaw moralnych zamykających się pomiędzy dobrem a złem – powodujących rozmycie ich granic. Monumentalne postacie Aragorna, Arweny czy Gandalfa, w rękach Jeskowa zyskują całkowicie nowe cechy: pychę, bezwzględność, próżność. Z kolei okazuje się że ork postępuje według honorowego regulaminu wojsk mordorskich i może być zakochany w pewnej trollicy.

W książce Jeskowa, Mordor stoi u progu rewolucji technicznej, w jednym z jego licznych uczelni technicznych odkryty zostaje proch, co stanowi zagrożenie dla dotychczasowej dominacji magii w świecie Ardy, czemu postanawiają przeciwdziałać magowie z Białej Rady oraz elfy. Wykorzystują do tego marionetkowe ludzkie królestwa Rohanu i Gondoru. Wszystko to ma zaś prowadzić do ostatecznego rozwiązania sprawy mord orskiej. Takie są wg wizji Jeskowa podwaliny konfliktu, w którym dotknięty katastrofą ekologiczną i niezdolny wykarmić się Mordor zostaje podbity. I w tym momencie rozpoczyna się zasadnicza intryga mająca doprowadzić, w ten czy inny sposób, do końca pewnej epoki….

Jeskow zdaje się lepiej niż Tolkien przedstawiać splot czynników ekonomiczno-politycznych, które decydują w dużej mierze o obliczu rzeczywistości i historii, obojętne czy jest to dwudziestowieczna europa, czy Śródziemie na początku 3 tysiąclecia Trzeciej Ery. I chyba właśnie w tym tkwi większość uroku Ostatniego Powiernika Pierścienia. Sama bowiem intryga oraz przynajmniej połowa objętości dylogii nie zachwyca ani oryginalnością ani walorami literackimi. Wtórność, dość wyraźne przenoszenie wizji naszego świata na grunt Śródziemia, które jest najczęstszym grzechem autorów fantastyki działa zdecydowanie „in minus”. Autor usilne utożsamia Umbar z Italią, zaś Harad i Khande z krajami „naszego” Bliskiego Wschodu z religią a’la islam. Sprawia to wrażenie pewnego lenistwa intelektualnego. Oryginalny świat wykreowany przez Tolkiena wolny był od takich uproszczeń i stanowiło to jeden z czynników jego sukcesu. Odbiorcy bowiem nie chcą zapewne czytać po raz kolejny o intrygach szpiegowskich we Włoszech i knowaniach islamskich terrorystów skoro sięgają po książkę dziejącą się w fantastycznym świecie. Śródziemie posiada tak olbrzymi potencjał, iż grzechem było go nie wykorzystać, szczególnie ze pierwsze kilkadziesiąt stron można uznać za naprawdę bardzo dobre i dotrzymujące kroku oryginalnemu „Władcy Pierścieni”. Kirył Jeskow musiał być świadom na jak trudny teren wkracza podejmując się napisania tej książki i że czymś naturalnym będzie ciągłe przyrównywanie jego dylogii do oryginału.

Niemniej książkę mogę z całą pewnością polecić. Ciekawa idea w niej zawarta, skłania do wielu przemyśleń i spojrzenia z całkowicie innej perspektywy na książki jakie czytaliśmy bądź będziemy mieli okazję przeczytać. Prawdy nie ma. Historia jest tworzywem w rękach zwycięzców, którzy z pozycji siły mogą w annałach zapisać swoją wersję wydarzeń.

Kirył Jeskow, Ostatni Powiernik Pierścienia, tom 1 i 2, wydawnictwo Red Horse 2007

[Dziękuję wydawnictwu Red Horse za udostępnienie egzemplarzy recenzyjnych]

W dniach 16-20 kwietnia br. w Krakowie odbył się kolejny – już szesnasty - Ogólnopolski Zjazd Historyków Studentów z całej Polski. W konferencji wzięło udział ponad 500 referatów w 27 sekcjach tematycznych. Była to konferencja ciekawa oraz na wiele sposobów wyczerpująca. Nie obyło się naturalnie bez pewnych problemów, które jednak przy tak dużej imprezie wydają się czymś nieuniknionym i zostały zniwelowane przez wiele plusów i niespodzianek jakie zostały zaoferowane uczestnikom przez organizatorów. Więcej informacji o przebiegu, wrażeniach oraz kontrowersjach Zjazdu można poczytać na oficjalnej stronie [http://jazon.hist.uj.edu.pl/xvizjazd/] bądź w recenzjach zamieszczonych w serwisie Histmag [#1] [#2]

Spoglądając na tą imprezę z mojego punktu widzenia mogę stwierdzić, iż wygłoszonych zostało wiele referatów, które zdecydowanie mogły zainteresować czytelników serwisu Historia i Media. Pomimo, iż zabrakło sekcji dedykowanej wyłącznie zagadnieniu szeroko pojętych mediów w nauce historycznej ten błąd z pewnością uda się naprawić w przyszłym roku w czasie kolejnej konferencji która odbywać się będzie w Olsztynie, to przeglądając program można stworzyć wirtualna sekcję Historia i Media.

Stworzyć można by ją głównie z dwóch paneli: sekcji XX wieku 4, [którą organizatorzy mogli o wiele trafniej nazwać sekcją Historii Kultury] oraz z sekcji Metodologii gdzie znalazło się kilka bardzo interesujących referatów. Dodatkowo w niedzielny poranek odbyła się także projekcja rosyjskiego filmu „1612” po której miała miejsce dyskusja na temat „między mitem a historią. Dzień jedności narodowej, a rok 1612 w świetle stosunków polsko-rosyjskich.

Po doświadczeniach Zjazdu, nieodparte jest wrażenie, że środowisko młodych historyków jest zjawiskiem niecodziennym. Skala integracji i kontaktów pomiędzy poszczególnymi ośrodkami akademickimi wydaje się nie mieć sobie równych w innych dziedzinach młodej nauki. W dużej mierze jest to zasługą takich właśnie imprez naukowo-integracyjnych jak odbywające sie od 1992 roku Ogólnopolskie Zjazdy Historyków Studentów. Niepoślednią rolę odgrywa w tym także Internet jako wirtualne miejsce spotkań. Serwisy takie jak Histmag, Historycy.org, tematyczne ogólnopolskie fora dyskusyjne, serwisy społecznościowe pozwalają na szybką wymianę doświadczeń, pomysłów oraz wiedzy.

Na koniec zostaje tylko zaprzeczyć pojawiającym się wcześniej obawom jakoby idea Ogólnopolskich Zjazdów Historyków Studentów miała przerosnąć zdolności, zapał środowiska oraz możliwości finansowe kół naukowych. Wydanie 14 poszczególnych tomów publikacji referatów, które dostarczone zostały na obrady z lekkim opóźnieniem, pozostaje niemniej wydarzeniem bezprecedensowym.

Ogólnopolski Zjazd Historyków Studentów, w 2009 odbędzie się na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie…. Czyli u nas :/

Przeczytaj ten teks także TUTAJ

Bo przecież kocham.

[muzyka: Karolak - Zabiorę Cię (cover Kancelarya)]

Może ktoś z was pamięta taki komiks z końca lat 80tych. Sześcioodcinkowa opowieść rodem z PRL. Historia o dwóch chłopcach, którzy sprowadzają się z rodziną do nowego miasta, gdzie ich tata jest inżynierem w kombinacie ;]. Idealna socjalistyczna familia… Bracia zaprzyjaźniają się z rówieśnikami oraz poznają pana Witolda, starszego człowieka, weterana II Wojny Światowej, który opowiada im przygody jakie spotkały go na frontach - od wojny obronnej 1939 do lotów dla Powstania Warszawskiego i powrotu do kraju, a wszystko okraszone jeszcze tajemnicą pewnej złotej maczety…

Był to jeden z czytanych wielokrotnie przeze mnie w dzieciństwie albumów, obok wielu wielu innych [o czym kiedy indziej]. Jakoś nie zauważałem jednak wówczas perelowskiej propagandy, a poziom wiedzy historycznej nie pozwalał na zauważenie pewnych przemilczeń i manipulacji dokonanych na naszej przeszłości. Dla mnie wówczas była to po prostu fajna opowieść przygodowa, w której mogłem zobaczyć, jak to na walczą wojnie i strzelają się i samoloty, i karabiny i takie sielankowe życie w demolandzie i pomarzyć że może kiedyś mi też przydarzą się takie przygody. Pod tym względem komiks jest trafiony.

Wrażenia po kilkunastu latach: graficznie średniawy, fabularnie słaby, faktograficznie widzę pewne celowe zabiegi mające przedstawić historię w określony sposób, a propaganda sukcesu socjalistycznej ojczyzny jest rażąca… no ale wspomnienia są wspomnieniami i sentyment mam.

Niestety z całej posiadanej przeze mnie kolekcji 6 części ostały się jedynie dwie, gdyż drogą wymiany pozbyłem się części w zamian za Klosssy gdzieś pod koniec podstawówki. Niemniej odnalazłem całość dzięki kolegom piratom/bandytom i jako zwyrodnialec udostępniam dalej dostępne na moim Chomiku spakowane w jednej paczce. Można je ściągnąć –> TUTAJ

A potem się dziwią że ich dzieci poszły na historię jak sie naczytały różnych takich komiksów ;] hehehehe

Black&White

Wakacje 2003 lub 2004, Zenit 312m, czarno-biała klisza. To był chyba ostatni raz kiedy zrobienie paru zdjęć sprawiło mi tak ogromną przyjemność. Analogowy aparat, ręcznie ustawiana ostrość, zabawa na całego.

Technicznie zdjęcia są koszmarem profesjonalnego fotografa, ale moimi rękoma (i nie tylko moimi) powstały zdjęcia z klimatem. Choć nie wszystkie ostre, nie wszystkie idealnie wykadrowane, to wszystkie zdają się opowiadać jakąś historię. Wszystkie maja coś co mógłbym nazwać “duszą”. Od cyfrowych różnią się nieprzewidywalnością, bo robiąc je nie wiedzieliśmy co z nich wyjdzie. Część kliszy jest nieczytelna, ale te kilkanaście zdjęć bardzo mi się podoba…

Służbowy skaner do mikrofilmów, GIMP, kilka minut czasu, WordPressowy blog, zero złotych. Czyż technologia nie daje wspaniałych możliwości?

Chyba trzeba odświeżyć Zenita. Naprawić go, bo zrywa klisze i kupić czarno-białą kliszę…

Older Posts »